Dziewczyna
Zniknęła w czarnej czeluści bramy. Ale nie tak jak każdego poprzedniego dnia
od chwili, w której ich spojrzenia po raz pierwszy przeniknęły się
nieśmiałym jeszcze odwzajemnieniem pierwszego kochania, a dłonie, drżące i
wilgotne od pulsującej w ich ciałach emocji, delikatnie szukały jedne
drugich, aż splotły się mocno w radosnym uścisku. Wtedy to wstrzymali
oddechy i słyszeli w wielkiej ciszy, jaka nagle szczelnie ich otoczyła,
łomot swoich serc, i tak trwali w milczeniu, bo nie znajdowali słów, aby
wyrazić to, co właśnie się stało i otwierało czas zupełnie dla nich nowy,
pełen olśnień, zadziwień, zauroczeń i fascynacji.
Od
tamtej pory codziennie widział ją znikającą w mroku bramy starej kamienicy,
w której mieszkała, i odprowadzał ją długo oczyma pełnymi tęsknoty i niemego
uwielbienia, i wiedział, że nazajutrz znów powita ją w tym samym miejscu,
kiedy wyjdzie do niego z mroku w strumieniu światła, jakie sama w sobie, dla
niego właśnie, rodziła, gdyż to on rozbudził w niej świetlistość i
rozpromienienie. Odchodziła i powracała, a pożegnania i powitania odmierzały
ich czas, niezależny od fizykalnego i naturalnego. Mieli, tylko swoje, dni,
noce, święta, godziny i pory roku.
Teraz
jednak mrok odbierał mu ją na zawsze. Nie będzie już powitania w strumieniu
światła. Nie będzie już niczego, co było przedtem.
Ceniliśmy sobie męskie koleżeństwo i przyjaźń. To były więzi, które
rzeczywiście potrafiliśmy stworzyć i mieliśmy tego pełną świadomość, toteż
niejednokrotnie, w chwilach męskiego uniesienia, obłapialiśmy się bratersko
i mocno ściskaliśmy sobie ręce aż do bólu, ale to właśnie było dla nas
dowodem stadnej solidarności i zadufania we własne siły, którym, jak nam się
wówczas wydawało, nikt i nic nie było w stanie się oprzeć. To prawda, że
żadne uznawane przez dorosłych autorytety nie były w stanie kształtować nas
wedle ich upodobań i postulowanych wzorców dobrze wychowanego młodzieńca,
tudzież, pielęgnowanych przez szacownych przodków, poglądów na świat i
życie, ale też trzeba dziś przyznać, że nasze wtedy widzenie i pojmowanie
otaczającej rzeczywistości było raczej ograniczone i oscylowało zwykle wokół
uznania dla nieposłuszeństwa, wybryku, ekscesu w grupie, czy też nieledwie
pospolitego chamstwa. Wyrzuty sumienia i poczucie winy były nam w zasadzie
obce, chyba, że, udawane, służyły wybrnięciu z konfliktu ze szkołą czy
rodzicami, jeśli takowy przybierał niebezpieczną dla nas postać. Ci ostatni
chcieli nas zwykle widzieć jako kochane dzieci, niewiniątka, które chwilowo
pobłądziły, nie ze swojej zresztą winy, i wystarczy wykład moralny, aby znów
wszystko ułożyło się według życzeń i planów na przyszłość związanych z ich
pociechami. Szkoła natomiast bądź to ogłaszała swoją bezradność - w
szczególnie bulwersujących zacne grono pedagogiczne sytuacjach nasze wybryki
kończyły się dramatycznym wkroczeniem dyrektora w niskie progi naszej klasy
ze słowami pełnymi ostrych wyrzutów oraz ledwie maskowanych pogróżek - bądź
też dyrektorską decyzją o zawieszeniu ancymona w prawach ucznia na czas
określony celem dogłębnego wyjaśnienia całej, spędzającej sen z oczu
pedagogicznego grona, sprawy uwłaczającej dobremu imieniu wielce zasłużonej
w naszym grodzie szkoły, i podjęcia ostatecznej decyzji co do dalszych jego
losów. I to już mogła być dla delikwenta, który zatracił tak ważny dla
każdego ucznia instynkt samozachowawczy, sytuacja groźna, bo zdarzyło się
kilkakroć, że jej następstwem było relegowanie ze szkoły i gorzkie poczucie
sromotnej porażki. Niemniej to, co zakazane, źle spostrzegane, określane w
języku rodziców i nauczycieli jako naganne, potępiane przez księży
katechetów i nielicznych kolegów mających w szkole chwalebną opinię
świecących przykładem młodzieńców, najbardziej nas podniecało, pociągało i
rozpalało naszą, stale nie zaspokojoną potrzebą awanturniczych przygód,
wyobraźnię. Dlatego też sztuką przez nas wielce cenioną była umiejętność
balansowania na cienkiej granicy pomiędzy tym, co mogło nam ujść na sucho, a
tym, co zagrożone było druzgocącą karą. Kto tej umiejętności nie posiadł i
na skutek przesadnej brawury sam rozłożył się na łopatki, nie mógł raczej
liczyć na współczucie niedawnych jeszcze szkolnych kolegów. Po prostu w
takim przypadku w opinii większości - padł, bo przeliczył się ze swoimi
siłami, przeszarżował, przekroczył granicę, nigdy w rzeczywistości nie
wyznaczoną, ale przecież istniejącą jako swego rodzaju konwencja
współistnienia uczniów i nauczycieli.
Podstawą owej sztuki przetrwania był niezbędny kompromis i dlatego właśnie
pomimo buńczucznych postaw i jakże często wyzywających zachowań, musieliśmy
ostatecznie podporządkować się szkole w stopniu, który dawał nam względne
poczucie bezpieczeństwa. Zachowawcza taktyka była naszą najczęściej
stosowaną bronią i trzeba przyznać, że opanowaliśmy ją w stopniu iście
mistrzowskim. Jeżeli nawet od poniedziałkowego poranka do popołudniowych
sobotnich godzin, temperując swoje rozwichrzone namiętności do zachowań
zgoła nie licujących z wizerunkami młodych ludzi w przededniu egzaminu
dojrzałości, musieliśmy w jakiejś mierze być poprawnymi uczniami sławnej w
naszym grodzie szkoły z wielkimi tradycjami, to sobotni wieczór należał już
tylko wyłącznie do nas i był rekompensatą za trudy trzymania na uwięzi
kawaleryjskiej fantazji. Owe, wyczekiwane, sobotnie wieczory dawały nam
słodkie poczucie całkowitej swobody i niezależności od nikogo i od niczego.
Wałęsaliśmy się po mieście bez żadnego określonego planu i celu. To właśnie
było najcudowniejsze - rozkoszna świadomość wyzwolenia od obowiązków i
powinności, czas całkowicie wolny, który można było swobodnie marnotrawić
dla zajęć zupełnie bezcelowych i pozbawionych jakichkolwiek praktycznych
zysków. Nasze miasto nie oferowało nam w tamtych latach zbytniego bogactwa
promenad, bulwarów i alei, toteż nasze sobotnie harce miały zazwyczaj swoją
stałą, powtarzalną przez miesiące i lata, marszrutę - była to sławetna
wówczas trasa R - R, czyli deptak Ratusz - Rogatka. Ta, wyszlifowana - jak
mówiono - butami licznych przechodniów spacerowa arteria miała dla nas swoje
stacje. Były nimi bramy kamienic, w których w pośpiechu piliśmy napoje
całkowicie dla nas wtedy zabronione, dyskwalifikujące nas w oczach rodziców,
szkoły i księży katechetów, zgubne dla młodego pokolenia, do którego wszakże
należeć miała przyszłość, a imiona ich brzmiały złowrogo i podstępnie - wino
i wódka.
Zima
dobiegała końca i coraz częściej stary park tłoczył w wąski tunel ulicy
ciepły oddech przedwiośnia. Wystawaliśmy coraz częściej w bramie, bo budząca
się powoli z zimowego letargu natura rodziła w nas jakieś rozrzewnienie i
tęsknotę za czymś odległym i nieokreślonym, jakąś bolesną potrzebę
zakosztowania świata innego niż ten, który dobrze już poznaliśmy i
zachłannie chłonęliśmy wszystkie jego radości i, na ile tylko się to dało,
omijaliśmy smutki i zgryzoty. Gdzieś w głębi ducha wiedzieliśmy, że ten
inny, nie znany nam dotąd świat musi istnieć realnie, chociaż nie znaliśmy
wówczas jego nazwy i oblicza. Staliśmy tak w bramie, oddając się
nostalgicznym nastrojom i komentowaliśmy życie, które wokół nas się toczyło,
raczej dla zabicia czasu, bo nikt nie miał akurat pomysłu, czym wypełnić
nudę. Odkrywaliśmy stopniowo coś zupełnie dla siebie nowego - sprzeczność
pomiędzy tym, co działo się w każdym z nas z osobna i tym, o czym mówiliśmy,
co robiliśmy w stadnym życiu w męskim gronie. Każdy z nas musiał to z
pewnością tak odczuwać, chociaż nikt o tym nie mówił otwarcie wówczas, ani
nigdy później.
Szli
drugą stroną ulicy całkowicie wystawieni na nasze spojrzenia. Chyba musieli
czuć ciężar naszych ciekawskich oczu, bo skupiali się wówczas na sobie,
jakby nie było wokół nich nikogo i niczego, jakby wypełniali sobą całą
przestrzeń ulicy i zamykali się w jej kokonie. To, co w sobie nieśli,
należało wszak tylko do nich i nigdy nie miało być wystawione na widok
publiczny. Chronili swoje szczęście przed nieokrzesanymi podglądaczami,
którzy po prostu nie umieli się w takiej chwili zachować inaczej, gdyż ci
dwoje pogrążeni w sobie ludzie byli tak odmienni od wszystkiego dotychczas
przez ciekawskich poznanego i doświadczonego. Nie przypominam sobie, aby
kiedykolwiek padł z naszej strony jakiś komentarz do, jakże często,
obserwowanego zdarzenia. A przecież błazeństwo i wyśmiewanie wszystkiego
było naszym chlebem powszednim. My, którzy na każdą okazję mieliśmy arsenał
mało wybrednych żartów, milczeliśmy, chociaż nikt z nas nie potrafiłby
wytłumaczyć dlaczego tak właśnie się działo. Niewiadome mają to do siebie,
że nie tyle zaskakują i osaczają pytaniami, na które nie potrafimy znaleźć
odpowiedzi, ile wgryzają się w naszą świadomość, aby drążyć ją przez długie
lata i przywoływać przeszłe obrazy. Nie umiem również wyjaśnić, dlaczego
opisywane tutaj przeze mnie szczegóły wydają mi się ważne, i dlaczego tak
mocno utkwiły w mojej pamięci, że po latach bez mała trzydziestu są żywe i
plastyczne, jakby dotyczyły wydarzeń sprzed zaledwie kilku dni. Racjonalizm
nie ma w tym przypadku żadnego zastosowania, dlatego też powyższe pytania na
zawsze już pozostaną bez odpowiedzi. Kiedy tych dwoje zatrzymało się przed
bramą, wiedzieliśmy, co nastąpi dalej, bo zawsze było podobnie. Żegnali się
w jakiś im tylko wiadomy sposób, którego nie poznaliśmy nigdy i na nic się
tu nie zdało nasze podpatrywanie. To, co naprawdę w nich się działo, nigdy
nie było dostępne naszym oczom. Dziewczyna znikała w czarnej czeluści bramy,
a on dołączał do nas i w tym momencie zachodziła nagła przemiana
rzeczywistości. Opuszczaliśmy tamten zdumiewający i nie znany nam świat, aby
powrócić do naszego codziennego, w którym od razu odzyskiwaliśmy pewność
siebie i prostotę myśli. Z wyraźną ulgą uwalnialiśmy się od rozmiękczenia
duszy, a niedawna tęsknota za nienazwanym i nieokreślonym ustępowała miejsca
ochocie na jakiś nowy wybryk.
Właściwie to nigdy o niej tak naprawdę nie mówił. Jeśli w ogóle wymieniał w
naszym kręgu jej imię, to tylko w związku z jakąś inną sprawą. Była więc
zupełnie poza tym wszystkim, co w tamtych latach składało się na nasz dzień
powszedni i tworzyło wspólny wizerunek. Znacznie później poznałem niektóre
szczegóły z dziejów ich miłości, ale wiedziałem, że tylko ze mną z potrzeby
duszy podzielił się nimi mój przyjaciel, niech więc na zawsze otoczy je
milczenie. Jeśli nie całkiem będę wierny temu postanowieniu i uczynię jeden
wyjątek, to później wyjaśnię tutaj powód mojego odstępstwa. Zwykle ludzie
szczęśliwi, a mój przyjaciel niewątpliwie do takich wówczas należał, pragną
podzielić się swoim szczęściem z bliźnimi, nazywać je dziesiątkami imion,
ekscytować się olśniewającym odkryciem, że świat jest piękny, a życie
wspaniałe. I nie ma w tym niczego niestosownego. Nie świadczy to o braku
skromności i umiarkowania. Człowiek ma wręcz prawo wykrzykiwać swoje
szczęście, jeśli włada nim potrzeba ujawnienia swojej wewnętrznej błogości i
harmonii, nie po to wszak, aby zaspokoić własną próżność, ale po to, aby
podnieść na duchu zgorzkniałych i wątpiących bliźnich. Mój przyjaciel był
człowiekiem nader powściągliwym, co nie znaczy, że oschłym w wyrażaniu
uczuć. Myślę, że toczył sam z sobą nieme rozmowy i w nich wyrażał swoje
emocje. Trzymał je w karbach i może dlatego, jak dziś sądzę, kiedy był tylko
z nią, ożywały one ze zdwojoną siłą, aby dać rozkosz niczym nie ograniczonej
wolności. Swoje domniemania znów opieram na znacznie późniejszych z moim
przyjacielem zaufanych rozmowach, kiedy to czuł głęboką potrzebę
wypowiedzenia swojego bólu po katastrofie, jaka niespodzianie w jego życiu
nastąpiła. Nie ujawnię tutaj imienia ukochanej mojego przyjaciela, i to nie
tylko dlatego, że z zupełnie innego powodu jest mi nazbyt drogie, ale
dlatego, że od tej chwili jej imię przestaje być ważne, jak i zresztą ona
sama, a pozostaje jedynie mój przyjaciel tak srogo doświadczony przez
kobietę, która kram z lśniącymi paciorkami postawiła ponad szczerym oddaniem
i absolutną wiernością uczuć. Niechaj pogrążą się w niepamięci imiona kobiet
wiarołomnych, które nie były na tyle mądre, aby ślepo zaufać przyszłości, a
goniły za zyskami poślednimi, tu i teraz spełniającymi ich płytkie
wyobrażenia o życiu szczęśliwym. Kto ślepo powierza swój los nie odgadnionej
przyszłości, ten nie jest w prawdzie człowiekiem praktycznym i racjonalnie
myślącym, zyskuje jednak szansę wzbicia się ponad wszystko to, co dotychczas
poznał i przeżył, albowiem nie ma końca nasza duchowa ziemska wędrówka,
dopóki śmierć nie przeniesie nas do odległego królestwa lub sami nie
zrezygnujemy z drogi pnącej się wyłącznie pod górę, której szczyt ciągle
pozostaje w chmurach, dopóki siłą swojego uporu i wiarą bolesną nie
rozjaśnimy nieba, a wówczas cel owego mozołu okaże się naszym ludzkim
powołaniem, przed którym jakże często uciekamy w swojej nierozumności w
ślepe odnogi i zwodne korytarze prowadzące do nikąd. Niechaj ten długi wywód
będzie mi wybaczony, ponieważ nie wypływa on ze skłonności do nadmiernego
gadulstwa, ale wyraża przekonanie, z którym niekoniecznie trzeba się
zgodzić, ale które stanowi jeden z fundamentów moich poglądów na zawiłość
ludzkich losów i zagadkę ziemskiego bytowania rozpiętego niczym wątła
pajęczyna pomiędzy rozkoszą i cierpieniem.
Zdradzę tutaj jedną tylko tajemnicę, słowa zapamiętane z rozmów z moim
przyjacielem sprzed bez mała trzydziestu lat. I to wyłącznie z jednego
powodu - dla wyjątkowości tego wyznania, na które zdobyłoby się niewielu
młodych ludzi. Powiedział mi ze wzruszającą szczerością, że minęło pół roku,
zanim po raz pierwszy pocałował ją podczas pożegnania przed bramą domu, w
którym mieszkała. Jakże więc długo musiał przygotowywać się do tej chwili
radosnego spełnienia, jakże obmyśliwał ten czyn, którego pragnął od tak
dawna, a na który przez tyle dni, tygodni i miesięcy nie mógł się zdobyć,
aby nadmierną popędliwością nie utracić tej chwili jedynej w życiu,
najsłodszej ze wszystkich słodkości miłosnego wtajemniczenia, ciągle w nas
obecną i potężniejącą w miarę jak przybywa nam lat i kurczy się perspektywa
przyszłości.
O, z
niczym na tym pięknym świecie nie porównywalne doznanie pierwszego
pocałunku, zaledwie muśnięcia warg dwojga rozpłomienionych dla siebie ludzi.
O, chwilo nigdy nie zapomniana, która nie możesz się powtórzyć, bo jesteś
jedna jedyna i dlatego warto na zawsze utrwalić cię w pamięci. O, radości,
która wypełniasz nas pijanym rozkołysaniem i przybywasz do nas na rajskich
skrzydłach w nocnych godzinach, aby ukoić znękaną rwanym snem duszę. O,
myśli natchniona przez Boga, kierująca wątłego, zagubionego w gąszczu spraw
i zdarzeń, wędrowca ku złotym bramom Edenu, tu i teraz objawionego
człowiekowi, aby mogła wypełnić się miłość Stwórcy do swego sługi łaknącego
owocu z drzewa wiadomości dobrego, który w żaden sposób nie potrafi pojąć,
dlaczego ma cierpieć za winę swoich prarodziców, skoro nie miał żadnego
wpływu na przyczynę ich klęski.
Tylko w chwilach wypełniającej naszą skołataną duszę radości spełnienia
osiągamy ulotne doznanie bliskości Absolutu i chociaż później skazani
jesteśmy na tęsknotę za czasem, który już się nie powtórzy, to i tak nikt i
nic nie zniszczy w nas olśnienia, dającego siłę do życia w jego
najtrudniejszych momentach i ciągle przywołującej wiarę w sens i istotność
naszych powszedniego bytowania. I nie jest ważne, że zachłyśnięcie
przywoływaniem dni minionych unosi nas ponad realnością teraźniejszości, na
którą, czy tego chcemy, czy też nie, jesteśmy nieodwołalnie skazani, i
wtrąca nas w labirynty marzeń, przez co stajemy się ludźmi wielce
niepraktycznymi, bo cóż warte jest życie bez owego zauroczenia
przywołującego sny błękitne na skarlałej od bojaźni przed cudownością jawie.
Dlaczego tak często boimy się panicznie tego wszystkiego, co nienazywalne i
nieokreślone w swojej postaci, a co jednocześnie jest jedynym ludzkim
objawieniem, jakiego możemy w swoim życiu doświadczyć? Dlaczego tak często
szukamy wymówek powołując się na powinności wobec Boga tylko dlatego, aby
wytłumaczyć swoją nieporadność i tchórzostwo w obliczu tajemnic własnej
natury, której nie odważamy się odkrywać i rozumieć?
Wiele lat później mój przyjaciel miał pojąć za żonę swoją ukochaną z
mrocznej bramy. To fakt dość powszechnie znany i właściwie niczego ważnego
nie wnoszący do tej opowieści, bo normalnym i nazbyt oczywistym jest, że
ludzie, którzy się kochają, pragną spędzić z sobą życie. Banał powyższego
stwierdzenia niesie w sobie wszakże pewną przewrotność, która stawia nad nim
znak zapytania. Mianowicie, ludzie, którzy przez długie lata z pełnym
oddaniem i wzajemną fascynacją kochają się i wierzą, że są dla siebie
stworzeni, niekoniecznie spędzają z sobą życie. Pozostaje tajemnicą, jak
często później żałują zerwania i czy tęsknią za sobą przez tysiące dni i
nocy, czy życie niespełnione pojmują jako karę za zdradę złamanej przysięgi
- tej w poświacie księżyca pod koronami drzew starego parku brzemiennymi w
żółcistość późnego lata. Tak czy inaczej mój przyjaciel nie został mężem
tej, którą przez tysiące dni i nocy wynosił ponad wszystkie kobiety tego
świata. Dosadność ostatniego zdania rzuca, jak sądzę, nieco światła na
ułomność dusz zakochanych, którzy, nie widząc świata poza sobą, jednocześnie
zawężają go do horyzontu przez siebie wyznaczonego, jak gdyby poza nim nie
było już niczego, co może ich zaskoczyć i zniszczyć świętość płomiennych
zaklęć w chwili miłosnego drżenia.
Jeśli cała ta, dość ogólnikowo nakreślona tutaj, historia nieszczęścia
mojego przyjaciela rzeczywiście nie jest tematem mojej opowieści, a zaledwie
jej smutnym dodatkiem, to równocześnie stanowi jej niechciane zwieńczenie. Z
punktu widzenia chłopaków z bramy, obserwujących po wielokroć tych dwojga
zatopionych w sobie po czubki zmysłów ludzi, była to szczęśliwa miłość,
która niechybnie musi zaowocować związkiem po kres ziemskiego czasu
kochanków. Było więc czego zazdrościć wybrańcom, wcale nieskorego do
uszczęśliwiania ludzkości, losu. Ponieważ wypadki wiele lat później
potoczyły się zgoła inaczej, toteż grupka chłopaków wystających w bramie
poczuła się odarta z wiary w świat harmonii, ładu i porządku. Jest to
oczywiście świadomość teraźniejsza, ale sądzę, że moi współtowarzysze
wystawania w bramie zgodzą się z takim właśnie dzisiejszym pojmowaniem
odległych w czasie wydarzeń.
Wielokrotnie w ostatnich latach spoglądałem we wnętrze bramy, przed którą
toczyły się opisane tutaj wypadki. Wcale nie wydała mi się mroczna i nie
spostrzegłem w niej niczego wyjątkowego. Chyba po prostu ona także się
zmieniła, jak ustawicznie zmienia się cały otaczający nas świat. Jedno
jednak wiem na pewno - mogę w każdej chwili ożywić w swojej pamięci dwoje
młodych, przesyconych sobą ludzi, żegnających się i witających na ulicy
otwierającej się na stary park, w którym wiatr w gałęziach wiekowych drzew:
"... mówi, że będzie szkoda nas."
Włodzimierz Garsztka
Bednarz
Krzysztofowi
Jagodzińskiemu
i jego rodzeństwu
Każdego roku, pod koniec
lata, po podwórku rozchodził się zapach świeżego drewna. Drażnił on nasze,
zwykle nieludzko umorusane, nosy swoją obcością pośród prostokąta ścian z
boczną odnogą, w której z jednej strony rozsiadły się, przygarbione pod
brzemieniem czasu i zaniedbania, komórki wielorakiego przeznaczenia i
zakończoną imponujących rozmiarów śmietnikiem rozsiewającym od dawna
zadomowiony tutaj i dobrze znany naszym zmysłom powonienia mdły fetor. Tak
oto, pod koniec każdego lata, toczyła się zaciekła walka pomiędzy
agresywnymi siłami zazdrosnego o swoje panowanie śmietnika i nagłą
ekspansywną potencją woni równo przyciętych klepek piętrzących się w
wielkiej stercie pod murem oddzielającym od siebie dwa przyległe, ale
jednocześnie obce sobie, podwórka. Walka ta kończyła się kompromisem i
skłócone z sobą na początku zapachy łączyły się i przenikały tworząc zgodny
związek. Okazała sterta, która w tamtych dniach często była miejscem naszych
zabaw, powoli topniała. Nie działo się to za sprawą żadnych tajemnych mocy i
nie miało znamion cudu. Po prostu kolejne porcje klepek wędrowały do niezbyt
oddalonego od naszej kamienicy warsztatu, w którym poddawane magicznym
zabiegom zrastały się z sobą w beczułki, beczki, beki, stągwie, maselnice i
inne jeszcze bednarskie dzieła, które z pewnością miały swoje imiona,
wówczas jak i teraz dla mnie ukryte i niewiadome. Bednarz, sprawca owej
przemiany, mieszkał wraz z liczną rodziną na parterze oficyny. Jego żona
prowadziła dom i przez sąsiadów była krótko, i dla wtajemniczonych
zrozumiale, nazywana bednarką. Mieli pięcioro dzieci, ale tylko trójka
spośród nich była towarzyszami moich dziecięcych zabaw. Dwaj najstarsi
synowie raczej z wyniosłością spoglądali na smarkaczy i zajmowali się
swoimi, sobie jedynie wiadomymi, sprawami dorastających chłopaków. Tylko od
czasu do czasu młodszy spośród nich na krótko pojawiał się na podwórku, co
za każdym razem przyjmowaliśmy jako wyróżnienie i zaszczyt. Ten najstarszy
całkowicie już pozostawał poza horyzontem naszych możliwości i widywaliśmy
go tylko przypadkowo zachowując zawsze taktowne milczenie. Warsztat bednarza
mieścił się w suterenie jednej ze starych kamienic składających się na
zwartą zabudowę dwóch dłuższych ramion dużego prostokątnego placu , którego
jedno z krótszych ramion otwierało się na ulicę prowadzącą do drugiego,
równie obszernego, placu wyznaczającego wówczas obrzeże miasta. Nie bez
powodu kreślę tutaj w miarę dokładną topografię obu tych miejsc, ponieważ
należą one do najważniejszych, jakie odbiły się trwałym śladem w mojej
pamięci. Od dawna odbywały się tutaj targi przyciągające w oznaczone dni
tłumy mieszkańców starego grodu. Na placu, przy którym mieścił się warsztat
bednarza, okoliczni chłopi i miejskie przekupki zachwalali przeliczne płody
roli, sadów i ogrodów. Tu i ówdzie wyrastały także stragany kaletników,
krawców, rymarzy, powroźników i kowali. Klienci dobijali targu, a
dzieciarnia, ze wszystkich chyba podwórek miasta, cieszyła swoje oczy
blaszanymi kogucikami, balonikami na drucikach, gipsowymi figurkami,
piłeczkami na gumce i tymi wszystkimi cudownościami, bez których świat
kręciłby się wolniej, a słońce nie świeciłoby już tak jasno nad dziecięcymi
głowami. Drugi natomiast plac wypełniały odgłosy ze stajni, obór, szopek,
klatek, kurników, gołębników, bud, które łączyły się w tyleż niespójną co i
czarowną symfonię żywego bogactwa boskiego dzieła stworzenia. Tutaj targu
dobijano wolniej, nieraz z uroczystym namaszczeniem, co oznaczało, że
transakcja miała szczególną wagę i dowodziła znawstwa obu układających się
stron. W taki oto sposób te dwa place sąsiadowały ze sobą przez długie lata
i niezmiennie przywoływały ludzki tłum spragniony handlu i ubarwienia
monotonnej zwykle i szarej codzienności. Do warsztatu bednarza schodziło się
po schodkach. Tuż za drzwiami ,w mrocznej suterenie, tylko w bardzo
pochmurne dni paliła się żarówka. Jeśli wchodziło się w pełni słońca, trzeba
było poczekać, aż oczy przywykną do nagłej zmiany intensywności światła, aby
wyłowić z półmroku kształty i barwy. Zresztą zwykle można było wcześniej
usłyszeć rozmaite, zagadkowe dla nie wtajemniczonych, dźwięki zdradzające
obecność bednarza w jego królestwie wygiętych klepek i żelaznych obręczy.
Pamiętam, że prawie zawsze, ilekroć przekraczałem granicę pomiędzy światłem
i mrokiem, spotykałem dwóch mężczyzn. Pierwszym był oczywiście bednarz z
naszego podwórka, którego twarz mogę przywołać ze wszelkimi szczegółami w
każdym dowolnym momencie. Natomiast ten drugi jawi mi się do tej pory jako
człowiek bez twarzy i wyraźnej sylwetki. Być może nigdy tak naprawdę dobrze
mu się nie przyjrzałem, bo może nie wydawał mi się ważny w porównaniu z
bednarzem. Może też tych drugich było wielu i zmieniali się co jakiś czas, i
dlatego ich twarze wymieszały się w mojej pamięci, aby po latach opuścić ją
bezpowrotnie. Niewykluczone również, że pomocnicy bednarza - sądzę dziś, że
taką właśnie pełnili rolę owi drudzy - nie wydawali mi się na tyle
zajmujący, aby przypatrzyć im się wnikliwiej. Dźwięki wypełniające mroczną
przestrzeń były wstępem do widowiska powoli wyłaniającego się przed oczyma
przybysza. Oto kształty i barwy, na początku zamazane, stawały się klarowne
i wyraziste. Królestwo bednarza w całej okazałości otwierało swoje podwoje.
On sam, otwierając nieco usta i marszcząc lekko czoło, jakby chciał o coś
zapytać w zamyśleniu, ale jednocześnie nie mówiąc ani słowa, dopóki sam nie
zostanie zapytany, stawał się władcą wygiętych klepek i żelaznych obręczy
oraz przewodnikiem po świecie, którym władał niepodzielnie. Nie było żadnych
wątpliwości, że był u siebie i zaledwie tolerował intruzów, którzy ośmielili
się bez wyraźnego powodu przekraczać granicę jego królestwa, w którym pod
jego czarodziejskimi rękami rodziły się maselnice, stągwie, beczułki, beczki
i sążniste beki górujące nad moją głową. Nie pamiętam, abym kiedykolwiek
zamienił choć kilka słów z bednarzem w jego warsztacie. Sądzę dziś, że
mówiliśmy wówczas nazbyt odmiennymi językami, aby możliwe było między nami
jakiekolwiek porozumienie. Jednocześnie czułem, że słowa były tutaj jakoś
nie na miejscu, ponieważ siłą rzeczy musiałyby układać się w pytania, na
które wyraźnie brakowało mi odwagi. Z tych wszystkich powodów stałem
zakłopotany i jedynie towarzystwo trzeciego spośród czterech synów bednarza
trzymało mnie w miejscu, którego granicy samodzielnie nigdy nie odważyłbym
się przekroczyć. Bednarz, dotąd pochłonięty czarami nad wygiętymi klepkami i
żelaznymi obręczami, wyprostował się z figuralnego pochylenia i w jednej
chwili moje oczy spotkały się z jego oczami. Stał przede mną w całej swojej
bednarskiej okazałości.
Sen bednarza o obfitości.
Lato
było tego roku wyjątkowo długie i ciepłe, ale też ani nie za suche, ani za
mokre. Dni następowały po sobie niczym na zamówienie - ledwo słoneczne
promienie wygrzały ziemię, że ta aż zdawała się zapraszać, aby deptać ją,
ugniatać bosymi stopami i rozkoszować się ciepłem, które w sobie niosła, a
już dobroczynne deszcze kroplistymi ramionami brały w posiadanie pola, łąki
i lasy, i tak to trwało na przemian, jakby Wielki Demiurg przywracał rajski
ład w zbuntowanej przeciwko wiarołomnej ludzkości naturze. A ziemia rodziła
jak nigdy dotąd, jak oszalała, nie znajdując umiaru w pasji wydawania na
świat plonu, który po stokroć przerósł najobfitsze lata, jakie zdumieni
ludzie wydobywali ze swojej pamięci. Jak okiem sięgnąć wzdłuż dróg, dróżek i
ścieżek piętrzyły się góry owoców i warzyw, które ciągle rosły i rosły, bo
ludzie, pomimo mrówczej pracy, nie mogli już sprostać opętańczej witalności
ziemi. Jednocześnie ten dopust boży traktowano wszędzie z czcią i
szacunkiem. W kościołach codziennie biły dzwony, a rzesze wiernych zanosiły
nieustanne modły dziękczynne. Przez wsie przeciągały procesje i nigdy dotąd
pielgrzymki do wielbionych w naszym kraju świętych sanktuariów nie były tak
liczne. Główną uroczystością celebracji dziękczynności było masowe
ślubowanie, że nic, co Bóg zesłał ludziom w swojej wielkiej łaskawości, nie
może być zmarnowane. Trzeba więc było wszystko zebrać i przechować na cześć
i chwałę bożego imienia, a także na pożytek własny. Pod zębami pił i
ostrzami siekier padały lasy, tartaki dniem i nocą cięły pnie, sterty desek
ciągnęły się po horyzont, a ciągle było ich mało i mało. Teraz wszystko
zależało od bednarstwa, to ono miało być kluczem do triumfu, sławy i
pomyślności. Zastępy bednarzy i bednarskich pomocników pracowały bez
wytchnienia. Organizowano powszechne zaciągi do drużyn i hufców bednarskich
i każdy, kto zdolny był do noszenia wygiętych klepek i żelaznych obręczy
śpieszył ochoczo, aby wypełnić swoją powinność, bo tego przecież domagał się
honor ludu tak szczodrze obdarowanego przez Stwórcę. W pocie czoła pracowali
także hutnicy, aby dać bednarzom tysiące kilometrów blaszanej wstęgi, bez
której mozół tych pierwszych poszedłby na marne. W tym wielkim sojuszu
bednarsko - hutniczym utwierdzały się ludzka solidarność i obopólna
świadomość historycznej misji. Tak oto rosły beczułki, beczki i sążniste
beki, aby pomieścić i przechować na cześć i chwałę bożego imienia oraz na
pożytek własny plon nad plony. Bednarstwo - okrzyknięte już rzemiosłem
błogosławionym - przeżywało swoje najwspanialsze dni. Spodziewano się
przyszłych kanonizacji. Wśród zastępów bednarzy był On, Mistrz z warsztatu w
mrocznej suterenie przy targowym placu. On, jeden ze sprawców bednarskiej
chwały, o której śpiewano pieśni i układano poematy. Unosiła go fala radości
i wznosił się na niej ku niebiosom, a cały świat wirował wokół niego niczym
korowód baletnic posłusznych czarowi muzyki rodzącej się beczki. Dla niego
było to anielskie granie, a On poddawał mu się i zarazem czynił sobie
posłusznym świat Go otaczający, i był szczęśliwy, i rozkoszował się tym
swoim szczęściem i z całą mocą pragnął, aby nie skończyło się ono nigdy...
Pod
przeszywającym mnie wzrokiem bednarza byłem marnym prochem i niczym. Nie
byłem w stanie wykrztusić z siebie ani jednego słowa, pragnąłem, aby jak
najprędzej skończyła się moja męka. A On królował nade mną niczym cesarz nad
najlichszym ze swoich poddanych, aby wreszcie w swojej wielkiej łaskawości
znów oddać się całkowicie czarom nad wygiętymi klepkami i żelaznymi
obręczami. Mogłem wówczas, chociaż nie bez strachu, że znów sparaliżuje mnie
władczy wzrok bednarza, oddać się kontemplacji bednarskiego warsztatu -
krainy cudów i dziwów daleko wykraczających poza wszystko, co było dla mnie
widzialne i dotykalne w świecie, z którym na co dzień obcowałem na ulicy
wchodzącej w stary park i otoczonym poszczerbionymi murami podwórku.
Narzędzia, jak mi się wówczas wydawało o tysiącu imion, pokrywały ściany
bednarskiego warsztatu. Były do nich przyczepione jak tajemne znaki zaklęcia
powołującego do istnienia beczułki., beczki i sążniste beki. Nie znałem
nazwy żadnego spośród nich i w ten sposób po raz kolejny doświadczałem
swojej małości i niewiedzy. Nigdy nie zgłębiłem tajemnic bednarskiego
warsztatu i sądzę dziś, że to właśnie z tego powodu tak silnie tkwi on do
tej pory w mojej pamięci.
Poza
bednarskim warsztatem bednarza widywałem raczej rzadko. Tylko od czasu do
czasu pojawiał się on na naszym podwórku, zawsze na krótko, skupiając w
takich przypadkach uwagę na swoich dzieciach, a do pozostałych odnosząc się
z milczącą, ale widoczną, wyniosłością. Nie wynikało to, jak dziś sądzę, z
żywionej do pozostałych niechęci czy uprzedzenia, ale z poczucia odrębności,
inności swojej rodziny, której to trzeba bronić przed stopieniem się z
najbliższym otoczeniem, obcym mu i mało zajmującym. Są ludzie, którym duma
nie pozwala na spoufalanie się z bliźnimi, a domaga się trzymania ich na
dystans pozwalający na odczuwanie wolnej przestrzeni wokół siebie, i nie ma
w tym wrogości, lecz ostre poczucie własnej indywidualności i niezgody na
upodabnianie się do innych. Bednarz był niewątpliwie człowiekiem dumnym,
chociaż wiele lat później, na skutek niesprzyjającego losu, a może także
powalającej go stopniowo starości, ta jego duma topniała i powoli stawał się
innym człowiekiem, to znaczy, upodabniającym się do wielu bliźnich, z czym
przez długie lata swojej bednarskiej chwały tak zaciekle walczył. Kiedy
stawał w drzwiach prowadzących z zawsze mrocznej sieni na obramowane murami
podwórze, wołał na swoje dzieci, a zawsze przychodził z czymś konkretnym i
pilnym, nigdy natomiast, ot tak sobie, bez wyraźnego powodu. Był więc
bednarz także człowiekiem praktycznym, który nie lubił tracić czasu na byle
co i zapewne wcześniej kalkulował wszystkie swoje czynności i zachowania. O
wiele częściej natomiast widywałem bednarkę. W różnych sytuacjach i
miejscach spotykałem kobietę, której wiek trudno było określić, o woskowej,
zastygłej w bladości twarzy, jakie później widywałem u figur ze
średniowiecznych ołtarzy, z cierpkim uśmiechem, który raczej nie wyrażał
radości, lecz jakiś osobliwy frasunek, głęboko zakorzeniony w tej
niepozornej, ale jednocześnie za każdym razem wyraziście objawiającej się
postaci, bojaźń, nie dającą się, jak sądzę, skonkretyzować w obrębie pojęć
racjonalnych, potocznie uważanych za charakteryzujące człowieka ze względu
na jego zachowanie. Jednocześnie w tym cierpkim, bojaźliwym uśmiechu
bednarki była jakaś szczególna słodycz przemieszana z cierpieniem,
przyjmowanym jako konieczna zapłata za istnienie, którego tajemnice zna
jedynie Bóg. Zupełnie nie pamiętam koloru włosów bednarki, które najczęściej
ukryte były pod chustką. Barw owej chustki także nie potrafię dziś określić,
chociaż prawdopodobnie przed laty był to szczegół dla mnie ważny, gdyż
dopełniał głowę, której zwieńczeniem nie były włosy, ale właśnie chustka.
Bednarka stawała w pozycji, która jeszcze bardziej umniejszała jej wątłe
ciało. Miała jakiś, sobie tylko właściwy, zwyczaj garbienia się na
przyciśniętych do siebie nogach i splatania dłoni na brzuchu. Wyglądało to
tak, jakby usprawiedliwiała się przed całym otaczającym ją światem ze swojej
w nim obecności. Może nękająca ją przez lata i powoli wyniszczająca choroba
była główną sprawczynią tego, zastygłego w mojej świadomości, wizerunku
kobiety z parteru oficyny, którego okna wychodziły na poszczerbiony mur tyłu
kamienicy należącej już frontem do innego podwórka. Mur ten do wysokości
pierwszego piętra pomalowano na biało, co miało podobno nieco rozświetlić
mroczne mieszkanie bednarza.
Sen bednarza o ubóstwie.
Zima
przeciągała się w nieskończoność swojego srogiego panowania i wiosny tego
roku trudno było się dopatrzyć. Biegły dni i tygodnie, a za oknami wciąż
zawodził nienawistny wiatr podrywając z ziemi tumany śniegu, który wbrew
kalendarzowi nie chciał topnieć i wydawało się, że żadna już siła nie
poskromić panowania triumfującej bieli. Wreszcie słońce mocniej przygrzało i
skuta zmarzliną ziemia zaczęła przemieniać się w grząską maź, chlupocąc,
bulgocąc i pieniąc się pod nogami ludzi, jakby chciała ich wessać i pogrążyć
w błotnistej otchłani. Nastały dni wielkiego skwaru i błoto wyschło
przemieniając ziemię w spękaną twardą skorupę, która wybrzuszała się tworząc
czarne cuchnące pagóry. W tym zaiste demonicznym krajobrazie krzątali się
bezradnie ludzie, raczej z racji corocznego odwiecznego rytuału niż
jakiejkolwiek nadziei na skąpy choćby plon. Rachowano liche zapasy i
powszechnie przygotowywano się na czas dokuczliwego niedostatku. Wielu
widziało w tej druzgocącej dla ludzi nieprzychylności natury gniew boży,
toteż niektórzy zapowiadali rychły koniec czasów, chociaż kościół
zdecydowanie odcinał się od samozwańczych proroków wzywając do powszechnej
modlitwy i nieugiętej wiary w boskie miłosierdzie, za sprawą którego wszyscy
sprawiedliwi zostaną wybawieni z opresji. Kaznodzieje głosili, że oto
nadeszły dni wielkiej próby i trzeba ją mężnie przyjąć nie tracąc nadziei na
lepszą przyszłość. Z braku zajęcia zastępy bezczynnych ludzi popadały w
przygnębienie i senną apatię. Niczym cienie nieszczęśnicy ci błąkali się
całymi dniami po polach, łąkach i bezdrożach, siedzieli odrętwiali w
chałupach, stodołach i warsztatach, a w ich oczach czaił się paniczny strach
przed najgorszym ze wszystkich dopustem - własną nieprzydatnością w świecie,
który ich nie potrzebował. Jakże boleśnie odczuwali na własnej skórze to
okrutne odrzucenie - tym bardziej, że w żaden sposób nie znajdowali w
okrucieństwie losu swojej winy. Cierpieli w milczeniu i z dnia na dzień
tracili nadzieję, wbrew przesłaniu i nauce kościoła. Wśród tych niebożątek
był On, bednarz bez beczki, choćby najmniejszej, tak małej, że
przypominającej dziecięcą zabawkę. Stosy wygiętych klepek i zwoje żelaznych
obręczy pogłębiały nieutulony smutek bednarza, bo nie mógł z nich uczynić
żadnego użytku, po raz pierwszy od pamiętnego dla siebie dnia, w którym
stworzył swoją pierwszą beczkę. Mógł oczywiście zabrać się do pracy bez
względu na to, że jego dzieło nie będzie nikomu potrzebne, ale od razu
odrzucał taką możliwość, gdyż beczka bez swego przeznaczenia byłaby
marnotrawstwem klepek i obręczy, a przecież bednarz był człowiekiem
praktycznym. Przypomnijmy, że był także dumny i właśnie duma nie pozwalała
mu na szukanie zbyt łatwego pocieszenia, kiedy jego prawdziwa miłość
domagała się cierpienia i wierności zasadzie, którą wpajał mu jego mistrz,
gdy On sam był uczniem, a później czeladnikiem, zanim sam stał się mistrzem,
że beczka po to jest, aby ją wypełnić płodami lata, bez czego traci prawo do
owego zaszczytnego miana i staje się urągowiskiem dla wygiętych klepek i
żelaznych obręczy, ciała i kości bednarskiego dzieła..
Czuł
się w owej, apokaliptycznej dla siebie, chwili głęboko nieszczęśliwy i
pohańbiony, wszakże i On, dokonawszy rachunku sumienia, nie znajdował w
sobie żadnej winy usprawiedliwiającej boży dopust, toteż rósł w nim gniew na
bezbożnych bliźnich, których czynił odpowiedzialnymi za katastrofę
nieurodzaju. W ten oto sposób bednarz dołączył do rzeszy schizmatyków,
nieczułych na naukę księży proboszczów, chociaż był człowiekiem z dziada
pradziada pobożnym i nader skrzętnie odwiedzającym boski przybytek w każdy
dzień święty. Bednarz nie był mazgajem, lata ciężkiej pracy sprawiły, że
nabył pewnej szorstkości, o której można powiedzieć, że wieńczy czoła ludzi
zaprawionych w życiowych bojach, ale teraz siedział na progu swojego
warsztatu i płakał rzewnymi łzami, i wypłakiwał całą swoją bezradność, i
wyrzucał z siebie niemy ból, ale nie znajdował w tym rozmiękczeniu znękanej
duszy żadnej ulgi ni pocieszenie. Łzy nieszczęśnika uderzały ciężko o
podłogę warsztatu i rozpryskiwały się po wygiętych klepkach i obręczach, a
mrok w bednarskim warsztacie stężał jak nigdy dotąd, aż całkiem spowił
boleściwego człowieka czarnym całunem dnia sądnego...
Córka bednarza często uczestniczyła w naszych podwórkowych zabawach, chociaż
nie były one raczej w guście dorastających dziewcząt. Miała jednakże
czterech braci i nic dziwnego, że przejęła od nich pewne męskie cechy, które
bardziej skłaniały ją do ganiania po schodach, piwnicy i podwórku niż do
ubierania i rozbierania lalek. W sytuacjach spornych, których nigdy zresztą
na naszym podwórku nie brakowało, wykonywała, jakże wówczas ceniony przez
nas, gest uderzania pięścią w szczękę, co miało niedwuznacznie oznaczać
rodzaj kary, jaka zostanie wymierzona temu, kto w jakiś sposób przekroczył
normy rządzące życiem podwórkowej społeczności lub po prostu stracił
chwilowo sympatię współtowarzyszy. W pewnym jednak momencie zauważyłem, że
córka bednarza coraz rzadziej pojawia się w gronie chłopaków, aż w końcu
zupełnie oddała się innym niż nasze zajęciom. Był to wyraźny znak, że natura
upomniała się o swoje prawa i przekształcała chłopaczycę w kobietę świadomą
swojej odrębności i pragnącą adoracji zamiast kuksańców w bok, spacerów po
cienistych alejach miejskiego parku zamiast nawalanki na kasztany w ciemnej
piwnicy. Bliskimi towarzyszami mojego dzieciństwa byli dwaj najmłodsi
synowie bednarza. Z tym starszym chodziłem przez wiele lat do szkoły,
młodszy miał dla mnie przede wszystkim takie znaczenie, że ja byłem od niego
starszy. Nasze wzajemne stosunki w niczym nie przypominały sielanki, wręcz
przeciwnie, starcia były tutaj nader częste, chociaż zawsze bezkrwawe. Wcale
to nie dziwi, wszakże byli to synowie bednarza i mieli swój bednarski honor,
i nigdy nie sprzedawali swojego bednarskiego pochodzenia za kompromisy w
imię świętego spokoju. Starszy spośród dwóch najmłodszych synów bednarza
był, jak wówczas sądziłem, oczkiem w głowie ojca. To on miał spełnić
największe, najszczytniejsze oczekiwania bednarza adresowane do jego
licznego potomstwa, miał wynieść bednarski ród na wyżyny sławy i sukcesu.
Towarzysz moich szkolnych zmagań uginał się pod ciężarem ojcowskich nadziei,
nie chciał zawieść miłości tego, który władał królestwem wygiętych klepek i
żelaznych obręczy. Przecież wyznaczona mu została niepoślednia rola, miał
wynieść do wiekuistego zaszczytu i honoru bednarski ród. Był raczej chłopcem
wrażliwym i delikatnym i niełatwo było mu odgrywać przyjętą dla niego przez
rodzica rolę cudownego dziecka. Trzeba przyznać, że starał się, jak mógł i
ze wszech sił pragnął spełniać pragnienia bednarza, ale miał też w swojej
duszy cienką, lecz dźwięczną, strunę poezji, która pozbawiała go mocy
wielkiego wojownika na rzecz młodzieńca rozdartego pomiędzy racje chłodnego
umysłu i gorącego serca. Taka właśnie, choćby nawet nieznośnie oklepana
metaforyka, wydaje mi się najcelniejsza dla nazwania tego, co wówczas działo
się w umyśle i duszy wybranego syna bednarza. To właśnie on wiele razy
wprowadzał mnie w czarodziejską krainę bednarskiego warsztatu w suterenie
przy kramarskim placu i był talizmanem strzegącym mnie przed miażdżącym
marnego intruza spojrzeniem władcy wygiętych klepek i żelaznych obręczy.
Najmłodszy z mieszkańców parteru oficyny pozostawał raczej w cieniu swojego
rodzeństwa, ale też nie spoczywał na nim, ten jakże ciężki, obowiązek
spełnienia marzeń głowy rodu. Z tego właśnie powodu mógł korzystać ze
znacznie większej od swojego starszego brata swobody i cieszyć się
przywilejami najmłodszego w rodzinie. Nie pamiętam, abym kiedykolwiek był z
nim skłócony, bo naturę miał prostą i otwartą i nie wiedziałem jeszcze
wówczas, że później przez wiele długich lat będę szukał takich właśnie
ludzi, nader rzadko ich znajdując. Pamiętam też, że miał on w swojej twarzy
jakiś szczególny spokój i brak zdziwienia, jakby, chyba samemu nie zdając
sobie z tego sprawy, otwierał się na wszystko, co jest na tym bożym świecie,
bez względu na to, co jeszcze być może. Jakby urodził się wbrew ciągłej
zmienności tego świata po to, aby tkwić w swojej niezmienności i stałości.
Myślę dziś, że to on miał właśnie najwięcej ze swojego ojca i mógłby być
jego prawym następcą, gdyby świat trwał w swoich dawnych ramach, co jest
jednak niemożliwe zważywszy władanie praw tak zwanego cywilizacyjnego
postępu. To właśnie dlatego najmłodszy syn bednarza nie robi dziś beczek w
mrocznym warsztacie przy kramarskim placu i nie ma już tamtej krainy dziwów
i czarów rozpalającej niegdyś tak bardzo dziecięcą wyobraźnię.
Sen bednarza o beczce nad beczkami.
Stała pośrodku rozległego placu, a w jej nie zmierzoną czeluść wlewał się
słoneczny blask i spadał złocistymi kaskadami aż po samo dno, aby odbić się
od niego i rozprysnąć na tysiące pulsujących poświatą paciorków, i znów
poszybować ku górze W ten oto sposób wnętrze gigantycznej beczki wypełniała
orgia światła, które przyjmowało wszystkie odcienie kończącego się lata.
Zewnętrzna ściana beki podzielona była na sześć części, a każdą zdobiła
rzeźba misterna, w której bednarz zaklął całą głębię swej duszy. Pierwsza
ukazywała las szumiący, bo właśnie poranny wiatr wziął w posiadanie korony
starych drzew i zakołysał nimi ponad kobiercami krzewów, mchów i paproci.
Wśród wiekowych pni uwijali się krzepcy drwale, a odgłosy pił i siekier
mieszały się ze śpiewem ptaków witających słoneczny dzień. Powalone już i
obnażone z gałęzi drzewa połyskiwały bezradną nagością, wydarte puszczy i
oddane we władanie człowieka, który wedle boskiego wskazania ma świat czynić
sobie posłusznym . Druga wyobrażała szeroką i krętą drogę wśród żytnich i
pszenicznych łanów, które kusiły chlebowym zapachem dojrzewającego ziarna, i
jak okiem sięgnąć ciągnęły nią wozy uginające się pod ciężarem obciosanych
pni. Konie parskały siarczyście i uginały szyje z wielkiego mozołu, a
woźnice pokrzykiwali na nie gromko, nie ze złością i przynaglaniem, ale z
zachętą i podziwem dla końskiej mocy. Tu i ówdzie niósł się w powietrzu
perlisty śmiech młodzianów, bo dzień był przepiękny i budził w ludziach
radość życia. Tylko przewodnik korowodu objuczonych wozów tkwił w głębokiej
zadumie i nawet drgnieniem twarzy nie zdradzał swoich myśli - widać
podróżował w tej chwili po sobie tylko znanych krainach ducha, za nic mając
powierzchnię ulotnego ludzkiego żywota - i była w tym nieruchomym zasępieniu
jakaś siła szczególna, która nawiedza pojednanych z tym światem chimerycznym
i zawodnym, bytujących częściej poza granicami wiadomego i widzialnego niż w
doczesnej codzienności. Być może tylko on jeden wiedział, że ostatnie to już
wodzenie, i że już wkrótce poprowadzi swoich towarzyszy ku rychłemu
zatraceniu w świecie obcym i zimnym, którego nie potrafią pojąć i przyjąć,
toteż doświadczą całej jego wrogości i lubieżnego okrucieństwa. A może też
to zaśnięcie na jawie było jedynie następstwem zwyczajnego zmęczenia w upale
lata i nie niosło w sobie niczego osobliwego. W ten oto sposób pozostawił
rzeźbiarz zagadkę, której rozwiązanie znał tylko on sam jeden. Na trzeciej
części ściany beczki świstały traki i piły, unosiły się tumany mokrych
trocin, a zastępy tartacznych robotników uwijały się pośpiesznie wśród stert
schnących w promieniach słońca desek. W żółto-brunatnym powietrzu unosił się
żywiczny zapach i wiercił w nozdrzach, więc donośne kichanie raz po raz
wplatało się w odgłosy pracujących maszyn. Niektórzy spośród robotników
stali w gromadkach żywo gestykulując - widać naradzali się w jakiejś pilnej
dla nich sprawie, a może na chwilę odeszli od pracy i w wesołej rozmowie
szukali wytchnienia i odpoczynku. Pośrodku widać było człowieka już
starszego, okazałej postury, który zdawał się panować nad wszystkim, co
działo się w tartaku. Nie patrzył on w żadnym, dającym określić się
kierunku, ale jednocześnie miał w oczach chytrość i przemyślność, które
zdawały się znaczyć, że widzi wszystko dookoła i nic nie uchodzi jego
uwadze. Czwarta rzeźba pokazywała dwóch ludzi stojących na przeciwko siebie,
żywo gestykulujących i ustawicznie poruszających spieczonymi wargami. Co
jakiś czas jeden i drugi zamaszystymi ruchami ocierali pot z czół i można
było mniemać, że wielce już byli strudzeni w owym dniu, w którym spotkali
się z jakiegoś dla obydwu ważnego powodu. Nawet niezbyt uważny obserwator
mógł się łatwo zorientować, że pierwszym z owych ludzi był starszy, okazałej
postury mężczyzna z poprzedniej rzeźby na ścianie beczki, natomiast ten
drugi, siwiejący, nieco przygarbiony, raczej niepokaźnej budowy, pojawił się
po raz pierwszy w dziele bednarza. Ci, którzy go znali, od razu mogli go
rozpoznać - to był On, sam bednarz - tak oto dołączył do plejady postaci,
które stworzył na sześciu częściach ściany beczki nad beczkami. Co jakiś
czas obaj mężczyźni uderzali w blat stołu, który ich oddzielał i łączył
jednocześnie. W ich twarzach nie było jednak zacietrzewienia i wrogości,
lecz jakaś pogoda i rozrzewnienie, widoczne oznaki cichego porozumienia i
wzajemnej aprobaty. W tle tego wizerunku dwójki mężczyzn widać było gromadę,
pilnie przypatrującą się zdarzeniu. I znów nie trzeba było być wnikliwym
obserwatorem, aby w tej ciżbie rozpoznać tartacznych robotników. Jeśli
śledzącemu tę scenę nie brakowało umiejętności kojarzenia faktów prostych i
oczywistych, to bez trudu mógł pojąć, że dwaj mężczyźni targują się o cenę
desek, która i tak jest już z góry ustalona, a targ należy do niezbędnego w
takich okolicznościach rytuału i dowodzi znajomości rzeczy obu stron,
zaprawionych w takich bojach i czerpiących z nich, sobie tylko wiadomą,
przyjemność. Piątą rzeźbę poświęcił bednarz już tylko wyłącznie swojemu
królestwu. Oto stał pośrodku warsztatu, otoczony pryzmami wygiętych klepek i
zwojami żelaznych obręczy. Ale cóż to był za warsztat. W niczym nie
przypominał ciasnej izdebki w suterenie przy targowym placu. Rozrastał się w
nieskończoność, jakby w ogóle nie miał kresu i szybował w obłoki, gdyż jego
sufitem był jedynie błękit nieba prześwietlony pulsującym światłem słońca.
Bednarz wznosił ramiona ku przestworzom, jakby szukał skupienia i
natchnienia w chwili poprzedzającej zamierzone dzieło, które wszakże było
treścią i esencją jego mozolnego żywota. Wypełniał swoją postacią całą piątą
połać drewnianej ściany i zdawało się, że za chwilę jego ramiona przeobrażą
się w skrzydła i załopocze nimi ponad padołem trosk i frasunków, aby wznieść
się w górujący nad nim lazur i dołączyć do ptaków, które spoglądały na świat
z wysoka i miały o nim swoją odrębną ptasią opinię. Wiedział bednarz, że
ptaki naprawdę szczęśliwe są tylko w locie, a siadają jedynie dla
zaczerpnięcia tchu, po czym znów szybują ponad głowami bezskrzydłych
mieszkańców ziemi. Ostatni snycerski wyczyn bednarza znów ukazywał jego
samego, ale tym razem w sytuacji zgoła dziwnej. Stał trzymając oburącz
beczkę i unosząc ją ponad ziemię tak, że widać było jego gołe stopy i połowę
łydek. Wystająca z beczki górna część torsu także pozbawiona była
jakiegokolwiek odzienia. Uśmiechał się szeroko, dreptał krótkimi kroczkami i
figlarnie puszczał oko, usta wydłużył w trąbkę i rezolutnie gwizdał przez
zęby. Bawił się wyśmienicie i można było odnieść wrażenie, że chce oznajmić
wszystkim pukającym się palcem w czoło - dziwujcie się i śmiejcie, a i tak
niczego nie zrozumiecie, jeśli nigdy w swoim życiu nie oddaliście się
szaleństwu, bo tylko ono chroni przed nudą i zgorzknieniem. Rozległy plac,
na którym stała beczka nad beczkami, jakoś zaczął się z wolna kurczyć i
pomniejszać. Ze wszech stron nadciągały rzesze ludzkie, zwabione wieścią o
bednarskim wyczynie, aby oddać pokłon dziełu, jakiego dotąd oko nie widziało
i o jakim ucho nie słyszało. A przed beczką nad beczkami stał On i pochylał
głowę w zakłopotaniu, bo był człowiekiem skromnym, nie przywykłym do hołdów
i celebracji i zupełnie nie wiedział, co ma powiedzieć owym tłumom, które
napływały ze wschodu i zachodu, z północy i południa, i w końcu postanowił,
że nie powie niczego, a tylko będzie się kłaniał i niemo dziękował za
nawiedzenie jego bednarskiego sanktuarium.
Wczesną jesienią bednarz zabierał całą swoją liczną rodzinę do miasta na
zakupy. Właśnie sprzedał beczułki, beczki i sążniste beki i teraz pragnął
uszczęśliwić swoich ukochanych, bo nie było najmniejszych wątpliwości, że
bednarz kochał swoją rodzinę miłością tyle prostą, co i głęboką i
bezwarunkową. Tak oto w tym dniu niezwykłym krótkotrwałej zamożności
bednarska rodzina wędrowała po sklepach naszego miasta. To nie były
zwyczajne zakupy, ale radość nabywania rzeczy upragnionych, wcześniej nie
osiągalnych, pozostających jedynie w sferze sennych marzeń i fantazji na
jawie. Ale teraz to, co wymarzone i upragnione, ziszczało się i stawało
ciałem. Późnym popołudniem cała rodzina powracała do mieszkania na parterze
oficyny, po czym następowała chwila najważniejsza - dzieci bednarza wnosiły
na podwórko ucieleśnienia swoich pragnień. Jakże wówczas my, chłopaki i
dziewczyny z podwórka, połykaliśmy oczyma te skarby i jak bardzo
zazdrościliśmy tamtym szczęścia, które widzieliśmy niczym złociste aureole
nad głowami wybrańców.
Wiele jeszcze razy pod koniec lata wiatr rozsiewał po zakamarkach naszego
podwórka zapach świeżego drewna, które w postaci klepek piętrzyło się
okazałą startą pod murem mocno już nadwyrężonym przez nieubłagany czas. Znów
zbliża się koniec lata, ale nie ma już bednarza, nie ma bednarskiego
warsztatu przy targowym placu, rozwiał się już dawno zapach świeżego drewna
na ciasnym podwórku i odeszli z niego wszyscy uczestnicy zdarzeń tajemnych i
cudownych. A może prostych i zwyczajnych - któż może poszczyć się mądrością
tak wielką, aby rozsądzać ludzi i ich sprawy pewnie i ostateczni.
Włosi
On
sprzedawał obrazy świętych w złotych ramach. Ona prała, sprzątała,
prasowała, gotowała, przyszywała, czyli była jego żoną. On znikał na całe
dni wędrując po coraz odleglejszych wsiach, aby zachwalać tam bogobojnym
chłopom swój towar. Ona krzątała się po ciasnym mieszkaniu i często
wychylała się przez okno nawołując jazgotliwym głosem swoje dzieci, którym
ciągle czyniła rozliczne uwagi. Oboje mieli śniadą cerę, kruczoczarne włosy
i wydatne pąsowe usta. Kiedy z sobą rozmawiali, żywo przy tym gestykulowali,
a ich głosy opadały i wznosiły się tworząc plątaninę obcych nam dźwięków. Z
pewnością często kłócili się ze sobą, ale także na pewno kochali się
namiętnie po nocach dusząc odgłosy rozkoszy przed zjeżonymi uszami
wścibskich sąsiadów za ścianą, pod podłogą i nad sufitem. Mieli trzy córki.
Emilia była najstarsza i wyróżniała się spośród dziewczyn z naszej ulicy
nader obfitymi urokami młodego kobiecego ciała. O kilka lat młodsze od niej
Stella i Lena nie wkroczyły jeszcze w wiek, w którym dziewczęta mają zgoła
odmienne upodobania i zajęcia niż chłopcy, toteż właśnie one były wytrwałymi
uczestniczkami naszych ulubionych zabaw, których koroną były w owych
odległych czasach rozmaitej odmiany gry wojenne. Trzeba przyznać, że
wojaczkę mieliśmy we krwi i z wielką pasją oddawaliśmy się bijatykom na
kije, kamienie, wypełnione mokrym piaskiem papierowe torebki i metalowe
pręty. Sińce, guzy, skaleczenia, poobijane kolana i łokcie były czymś
normalnym, a niekiedy stawały się wymownym świadectwem chwały i poświęcenia.
Takie wojenne wyczyny musiały imponować małym dziewczynkom, nic więc
dziwnego, że Stella i Lena z ochotą powiększały zastęp dzielnych wojowników.
Oczywiście ich rola była ograniczona w stopniu, jaki sami określaliśmy
biorąc pod uwagę niewątpliwą dla nas wyższość chłopaków nad dziewczynami.
Obie siostry były w podobnym wieku, ale jednocześnie zdecydowanie się od
siebie różniły. O rok starsza Stella miała ostre rysy twarzy, małe głęboko
osadzone czarne oczy, długi prosty nos, wąskie usta i rozległą szramę na
prawym policzku po licznych szwach. Nie była ładna, poruszała się ospale, a
jej zachowanie zawsze wydawało nam się dziwne i dlatego szybko przestaliśmy
zawracać sobie głowę bliższym z nią kontaktem. Po prostu Stella istniała dla
nas ze względu na Lenę, która, jak dziś sądzę, nosiła w sobie aż nazbyt
widoczny zaczyn przyszłej piękności. Rysy jej twarzy były delikatne i w
jakiś szczególny sposób płynne, jak gdyby poddawały się refleksom światła,
aby to ono jedwabistością dotyku rzeźbiło i wydobywało szczegóły. Miała
wysokie czoło, duże czarne, mieniące się figlarnymi ognikami, oczy, obfite,
o rozchylonych wargach, usta i długie czarne kręcące się włosy spadające
potoczyście na ramiona i plecy. Głośno się śmiała odrzucając przy tym głowę
do tyłu i prężąc ledwie zaznaczające się pod bluzką piersi. Lubiliśmy witać
się z nią po męsku, uściskiem dłoni, bo dawała nam wówczas na krótką chwilę
leciutko tętniące ciepło, którego istoty z cała pewnością nie potrafilibyśmy
wówczas nazwać, ale które polubiliśmy jako coś naszego, co pociągało i
sprawiało przyjemność.
Włoch był naprawdę eleganckim mężczyzną i pod tym względem zdecydowanie
wyróżniał się spośród ojców rodzin zamieszkujących naszą ulicę. Ci ostatni
byli zazwyczaj zbyt sterani trudnościami codziennego życia, aby pretendować
do miana Don Juanów. Włoch zaczesywał do tyłu włosy, które skropione
szczodrze brylantyną lśniły nieskazitelną czernią. Pod marynarką nosił
kamizelkę w odmiennym kolorze, co było całkowicie niepojęte dla tuziemców i
dlatego spostrzegany był przez nich niczym dyrektor cyrku zapowiadający
kolejny numer widowiska. Nie wiem, czy obwoźny handel obrazami świętych był
już wcześniej jego zajęciem w kraju pizzy, spagetti i soczystego moszczu z
winnic Kalabrii, czy też zajął się tą profesją dopiero nad Prosną, dokąd
sprowadziły go wraz z rodziną zawiłe wypadki dziejowe. Kiedy szedł ulicą,
pozostawał za nim zapach markowych papierosów i perfum, całkowicie
egzotyczny na ulicy, która zwykle rozsiewała, jakże nam swojską, woń
końskiego łajna. Jeszcze dziś, kiedy zamknę oczy, widzę w całej okazałości
człowieka, z którego twarzy nie można było niczego wyczytać i który sprawiał
wrażenie, że nikogo i niczego poza samym sobą nie dostrzega. Włoszkę
widziałem zwykle w oknie i to najczęściej tylko jej głowę, jakby oddzieloną
od tułowia, ponad pryzmą białych pierzyn i poduszek, które ustawicznie
wietrzyła. Śniadość jej twarzy i czerń długich włosów ostro kontrastowały z
bielą pościeli i chyba właśnie dlatego tak klarownie zapamiętałem kobietę, o
której plotkowały wszędobylskie sąsiadki z racji jej odmienności i
nieprzystępliwości. Matki z mojej ulicy były, podobnie jak ojcowie, zmęczone
nawałem rodzinnych obowiązków i dawno już zapomniały o powabie emanującym z
wystylizowanych uroków kobiecego ciała. Nic więc dziwnego, że nie potrafiły
wybaczyć Włoszce jej aż nazbyt wyrazistego makijażu, opiętych sukni i
lśniących pończoch.
W pewnym momencie odkryłem, że moi o kilka lat starsi koledzy jakoś
szczególnie skupiają swoją uwagę na Emilii. Wspomniałem już, że naszą
ulubioną uliczną zabawą było wojowanie i z tego właśnie powodu oręż, którym
się posługiwaliśmy, miał wysoką dla nas cenę. Toteż ze zdumieniem
spostrzegłem, że wspaniałe rycerskie miecze i tarcze, tak zazdrośnie
strzeżone przez ich posiadaczy, leżały na ziemi, i moi starsi koledzy do
woli pozwalali nam młodszym używać ich w zaciekłych pojedynkach. Wkrótce
cała sprawa wyjaśniła się i przyznaję, że wówczas byłem rozczarowany
powodami, dla których moi starsi koledzy tak nagle tracili rycerski animusz.
Emilia miała imponujących rozmiarów piersi. Wystarczyło, że idąc
przyspieszyła nieco kroku, a jej piersi falowały niczym łany traw wzburzone
nagłym porywem wiatru. Ale prawdziwe szaleństwo rozpoczynało się w momencie,
w którym najstarsza spośród córek włoskiego małżeństwa odbijała piłkę. Moi
starsi koledzy mogli godzinami grać z nią w siatkówkę. I to nie dlatego, że
byli oddanymi miłośnikami tej gry towarzyskiej. Powód był inny, nie mający
nic wspólnego z entuzjazmem dla sportu. Kiedy Emilia odbijała piłkę, jej
obfite piersi po prostu wariowały. Można było odnieść wrażenie, że za chwilę
wyskoczą spod ciasnej bluzki i zajaśnieją na firmamencie pomiędzy gwiazdami
nocy. Często także moi starsi koledzy odbijali piłkę o ścianę, a to już była
gra wyłącznie dziewczyńska, traktowana przez chłopaków pogardliwie. Co więc
sprawiało, że oddawali się zajęciu nie licującemu z ich dumą? I znów
przyczyna była ta sama, bo wówczas wielkie piersi Emilii nabrzmiewały
jeszcze bardziej, a opinająca ciało suknia przylegała do wzgórka Wenery. To
był po prostu spektakl, który zniewalał myśli i zmysły moich starszych
kolegów. Niewątpliwie w swoich skrytych marzeniach po wielokroć rozbierali
ją i rozkoszowali się słodyczą dotyku jej wdzięków, w które natura tak
bujnie ją wyposażyła. Ona nie uciekała przed pożądającymi oczyma chłopaków z
podwórka naprzeciwko jej bramy. Wręcz przeciwnie, z wytężoną uwagą odbijała
piłkę o ścianę, aby ta nie upadła na ziemię i raczyła nas prężnością swojego
młodego ciała, przy którym niczym były uliczna wojaczka i męska duma
wyższości nad płcią niewieścią.
Minęło od tamtych wypadków wiele lat, ale Emilia ciągle odbija piłkę o
ścianę, a jej wspaniałe w swojej okazałości piersi falują ponad niziną
starej ulicy, po której w mdłym świetle latarni, w majowy późny wieczór,
przechadzają się cienie podążające w jaśminową woń starego parku.
Włodzimierz Garsztka