Herb Stowarzyszenia Wychowanków Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącego im. Adama Asnyka w Kaliszu

Asnykowcy
na Zawiszy Czarnym

Wspomnienia Milany i Jacka Czechowskich

REJS

Milana i Jacek CzechowskiPomysł rejsu żaglowcem „Zawiszą Czarnym” przedstawił Paweł Jaźwiecki jeszcze w ubiegłym roku. Trzeba było zdecydować się i wpłacić należność w dwóch ratach, jedną w grudniu i drugą w marcu. Po krótkim namyśle postanowiliśmy wyruszyć tam, gdzie jeszcze nas nie było.

I oto po autokarowej podróży, błądzeniu kierowcy po Trójmieście i wyczekiwaniu na gdyńskim nabrzeżu obserwujemy jak „Zawisza Czarny” kończy swój poprzedni rejs. Za chwilę asnykowska załoga zostanie zamustrowana. Witamy schodzących z pokładu i dowiadujemy się, że bujało ich nawet do 10 stopni w skali Beauforta. Najlepsza dieta cud, to tydzień na "Zawiszy" - tak komentuje jedna ze schodzących. Ale co tam dla nas takie gadanie, zobaczymy.

Wchodzimy na jacht, zagłębiamy się pod pokład do naszego kubryku, który będzie naszą sypialnią, salonem i jadalnią. Tu 34 osoby będą ocierały się o siebie niemal na każdym kroku. Szuflandia - takie skojarzenie nasuwa się, gdy patrzymy na nasze koje rozmieszczone piętrowo po obu burtach. Janusz, któremu trafiła się wyjątkowo schowana szuflada mówi rozżalony - wy to macie przynajmniej czym oddychać, na co słyszy natychmiastową radę - to otwórz okno. Na parterze śpi młody Tomek, na pierwszym piętrze moje miejsce a na drugim Milanka. Słusznej postury Marek narzeka - jak ja w to wejdę, jak mam się obrócić na drugi bok. Dla Mariolki, chyba w nagrodę za sponsorowanie - uszycie naszych rejsowych galowych koszulek z asnykowskim nadrukiem - zabrakło koi i biedna musi zadowolić się miejscem na ławeczce. Zupełnie nie przejmują się tym wszystkim Michał i Tomasz - im się wszystko podoba.

Zostaliśmy już zamustrowani, podzieleni na cztery wachty. Nasza rozpoczyna od wachty gospodarczej. Pod batutą koka przygotowujemy pierwszy obiad. Ruszamy w morze. Gdy tylko mijamy końcówkę falochronu zaczyna się prawdziwa morska przygoda. Wieje, trzeba postawić żagle - kapitan daje sygnał i każda z wacht pod dowództwem oficera stawia swoją część żagli. Nam przypada zaszczyt przebywania na bukszprycie, czyli na dziobie, musimy wciągnąć boomkliwra i kliwra. Najpierw razem z Tomkiem, jak małpy, wydostajemy się na dziobowy boom, by zdjąć krawaty mocujące żagle, a następnie obserwujemy jak pozostali majtki i majtkowie (one i oni) wciągają piękne żagle na maszty.

Nagle bosman wrzeszczy - ciągnij wała – jakiego wała? Nie wała, a fała, luzując jednocześnie kontrafał. Chwilę później na dziobie słyszymy znów okrzyk bosmana - uważaj na jaja. A co on tak się troszczy o nasze klejnoty? Okazuje się, że po takim okrzyku trzeba spojrzeć do góry, a nie na dół - są to bloki o kształcie dużych jaj, przez które przesuwają się liny do wciągania żagli, czyli fały.

Żagle stanęły i dopiero teraz widać prawdziwą urodę "Zawiszy". Wieje 5 do 7 stopni Beauforta, buja, a my, wachta gospodarcza, pracowicie przygotowujemy kolację udając że wiatr i fale nas nie dotyczą. Jest wieczór, większość z nas snuje się pod pokładem, a część uzbrojona w chroniące przed zmyciem z pokładu szelki przebywa na górze, patrząc jak fale omywają pokład. Cieszymy się z Milanką z nabytych w ostatniej chwili kaloszy - nie dałoby się suchą stopą przejść po pokładzie.

Na kolację udaje mi się wypić kilka szklanek herbaty, trzymam fason i uważam, że skutki bujania mnie nie dotyczą. Wieczorem zaczyna się oddawanie czci Neptunowi. Zbyszek, nasz "paparacci" miał pstryknąć pierwszego „pawia”, niestety było to zadanie niewykonalne. Ktoś potem skomentował, że nie da się sfotografować własnego. Zbyszek zaprzecza tym insynuacjom i twierdzi, że nie podlegał przewieszeniu przez tzw. rzyg-linę. Jest już późny wieczór, Milanka została sama na placu boju, przy zmywaniu w kuchni, a załoga chyłkiem przemyka się, to na pokładzie przechylając się przez burtę, to przytulając głowy do uciekających poduszek. Razem z Tomkiem ledwie żywi siedzimy w salonie przy stole. Milczymy, nasze oczy spotykają się niechcący i są to spojrzenia do głębi wzburzonych żołądków. Decyduję się w końcu na łyknięcie tabletki, jednak po kwadransie oddaję ją Neptunowi prawie nienaruszoną. (...) Wszyscy niewachtowi padamy w końcu pokotem i śpimy jak kto może. W nocy budzi nas dzwonek, zmienił się wiatr i trzeba przestawić żagle. Wybiegamy na pokład, w kubryku zostają tylko takie półżywe istoty jak ja.

Ranek jest piękny - wiatr, słońce, mniej już buja i można zacząć regenerować nadwątlone siły. Płyniemy pod pełnymi żaglami wspomagani silnikiem, chcemy zdążyć na umówione spotkanie w Kopenhadze. Zaczynamy zgłębiać naturę obcych nam słów. Rekin - nasz oficer wachtowy wyjaśnia nam żeglarski żargon. Wiemy już co to latacz, boomkliwer i kliwer. Wiemy które liny nazywamy fał i kontrafał, a także szot i kontraszot.

Po zakończeniu wachty gospodarczej obejmujemy z marszu wachtę nawigacyjną. Rekin wytycza kurs żaglowca, Józiu staje za sterem, a na lewej i prawej burcie czają się obserwatorzy - Milana z Dorotą i Ela ze Stefanem. Co pół godziny mamy się zmieniać przy sterze, jednak nie zawsze się to udaje. Trzeba zobaczyć miny tych, którzy sterują żaglowcem. Wszystkie narkotyki razem wzięte nie są w stanie zastąpić uczucia euforii, jaka wydobywa się z człowieka dzierżącego ster w ręce. Doświadczonego Józia z trudem udaje się oderwać od koła, wreszcie ustępuje, wyrzucając z siebie setki rad dla mizernego amatora, który przejmuje po nim władzę. Ela, która na lądzie kieruje szkołą, a w domu Stefanem i gromadką uroczych dzieci, tutaj ma władzę niemal nad całym światem. Janusz wygląda tak monumentalnie, jak gdyby stał na cokole, a nie przy kole sterowym. Mimo porywów wiatru i bryzy wszyscy zachowujemy się podobnie, magia władzy działa na każdego.

Niedziela jest pięknym, spokojnym dniem. Śpieszymy się by zdążyć na czas do Kopenhagi. "Zawisza” tnie morską toń z prędkością nawet do 10 węzłów, zostawiając za sobą spieniony kilwater. Korzystamy z pięknej pogody i chociaż nieźle buja, nasze błędniki opanowały już sztukę utrzymywania równowagi.

Nie dane nam jest rozkoszowanie się urokami pięknych widoków. Bosman wzywa nas do przygotowania jachtu do wizyty oficjalnej. Trzeba wyszorować pokład i wszystkie pomieszczenia pod pokładem - łącznie z łazienkami, toaletami i kuchnią, nie zapominając oczywiście o sklarowaniu wszystkich lin i wyczyszczeniu mosiądzów.

Zaczynamy odczuwać głód. I oto niespodzianka, przebojem dnia staje się coś, co zostało nazwane przez kucharza gulaszem. Oficerowie zgodnie wyrzucają go za burtę, kucharzowi się tym razem udało. Skutek tego czynu okazuje się jednak zaskakujący, bo jak powiedział Tomek, Neptun nażarł się tej wspaniałej potrawy, zwymiotował i już do końca rejsu nie miał siły wywoływać fal.

Dobijamy do Kopenhagi o godz. 14 i udajemy się na zwiedzanie miasta. Witamy się ze sławną syrenką, włóczymy po eleganckiej hotelowo-mieszkaniowej dzielnicy. Czas wracać by spotkać się z polską delegacją oficjalną na czele z konsulem polskiej ambasady i szefem organizacji polonijnych. Spotkanie  ma dla nas bardzo duże znaczenie, czujemy się ambasadorami polskości w Danii. Od gości otrzymujemy zapewnienie, że rozpoczną się intensywne poszukiwania duńskiego miasta bliźniaczego dla Kalisza.

Wielkie wrażenie wywiera na nas spotkanie z 85-letniem rodakiem Aleksandrem Dreslerem, który barwnie opowiada o swoim rejsie na "Zawiszy" w 1938 roku. Toż to nasz kolega - wilk morski jak my. Śpiewamy przy akompaniamencie Tatiany i Marka, słuchamy opowieści starszego kolegi i dowiadujemy się, że generał Zaruski nie pozwalał na śpiewanie na pokładzie piosenki „Pod żaglami Zawiszy". Na zaproszenie Bogdana pojawia się też Edek, jego kolega z klasy, mieszkający od 37 lat w Szwecji. Przybywa z żoną i bogatym zaopatrzeniem trunkowo - spożywczym, spotykając się oczywiście z ogólnym aplauzem. Po tych przemiłych wizytach wychodzimy jeszcze podziwiać Kopenhagę by night.

Po śniadaniu atakuję szczyty, dwa maszty z bocianimi gniazdami. W moje ślady podążają inni wspinacze. Robię zdjęcia z wysokości i rodzi się we mnie ochota zdobycia tego trzeciego, najtrudniejszego, bez bocianiego gniazda. Janek kapitan nie zgadza się, obiecuje późniejszą okazję.

Kolejny raz schodzimy na ląd, zwiedzamy Kopenhagę, widzimy imponującą zmianę warty przed zamkiem królewskim, podziwiamy urokliwą architekturę tego pięknego miasta.

Około południa odcumowujemy i natychmiast po wypłynięciu z portu, tym razem już całkiem sprawnie, podnosimy żagle na maszty, chociaż bosman, który jest programowo niezadowolony ma ciągle jakieś uwagi. Nasi koledzy, widząc go chwalą się - zobacz bosman jak pięknie podnieśliśmy żagiel. Bosman patrzy uważnie i zjadliwie rzuca - no i dupy dali. Okazało się, że nie dociągnięto liny napinającej. Płyniemy tym razem tylko na samych żaglach, nasz chief maszynowy postanowił zrobić mały remont silnika. Oczywiście płyniemy wolniej 2 do 3 węzłów i gdyby nie ciągły szum pracujących agregatów prądotwórczych, czulibyśmy się jak na prawdziwej żaglówce. Czwarta wachta szaleje, powyciągała chyba wszystko z lodówek i raczy nas samymi frykasami. Chwała im za to.

We wtorek dobijamy do Bornholmu. Na morzu to my sobie możemy posterować, jednak gdy dobijamy do portu do głosu dochodzi profesjonalista Zenek, który po raz kolejny współdziałając z niewidocznym pod pokładem chiefem tak precyzyjnie dobija do nabrzeża, że Tomkowi, wyskakującemu jako pierwszy na brzeg można niemal podać cumy.

Niedługo po zacumowaniu realizuję swój cel - nie pytając się o pozwolenie atakuję ostatni niezdobyty maszt i jako jedyny mam „koronę” „Zawiszy”. Schodzimy na wyspę w porcie Ronne, pięknym bajkowym miasteczku. Z zazdrością patrzymy na sieć ścieżek rowerowych pokrywających wyspę. W małych grupkach snujemy się po uliczkach, a po obiedzie jedziemy 19-osobową grupą zwiedzić średniowieczną twierdzę. Najpierw z okien autobusu podziwiamy krajobraz Bornholmu, później zwiedzamy wspomniane ruiny, a następnie skaczemy po skałkach klifowego wybrzeża. Wieczorem przeżywamy atak wojsk NATO na okoliczne zabudowania - to ćwiczą duńscy żołnierze, widok jest ciekawy i zaskakujący.

W środę znów dopada nas wachta gospodarcza. Znajdujemy jednak czas na śpiewogry na rufie, a po południu na relaks na dziobie, gdzie wzmocnieni herbatką z prądem przy akompaniamencie gitary, umilamy sobie nieliczne wolne chwile. O 16 płynnie przechodzimy w komplecie na wachtę nawigacyjną.

Czwartkowy ranek rozpoczynamy wachtą nawigacyjną. Ziemia ojczysta jest w zasięgu wzroku. Z uwagi na ćwiczenia w ramach NATO, musimy dość szerokim łukiem opłynąć Półwysep Helski. Zbliżamy się już nieuchronnie do kresu naszej podróży. Z daleka, na gdyńskim nabrzeżu widzimy wymachujące ku nam dwie postacie. To Zosia z Adamem.

Ostatni alarm manewrowy, sprawnie dobijamy do nabrzeża i cumujemy nasz żaglowiec. Prezes naszego stowarzyszenia z sekretarzem oficjalnie witają nas chlebem i solą, nieoficjalnie Adam z Zosią butelką "Asnykówki".

Ostatnie spotkanie na rufie, Kapitan Jan Piasecki osobiście wręcza każdemu uczestnikowi certyfikat, pierwszy krok do uzyskania stopnia żeglarza jachtowego. Śpiewamy naszą pieśń - hymn „Pod żaglami Zawiszy” z tekstem Józia. Dziękujemy Neptunowi, że pozwolił nam szczęśliwie przeżyć tę przygodę i umawiamy się na następne wojaże. Czujemy tylko maleńki niedosyt, że w drugiej części rejsu nie powiało mocniej.

W czwartkowy wieczór wesoły autobus przywozi nas do Kalisza, gdzie ku naszemu zaskoczeniu klub "Pod Muzami" wita nas lampką szampana.

W całym rejsie największym naszym osiągnięciem jest niewątpliwie fakt, że na tak małej powierzchni, w tak spartańskich warunkach, ocierając się niemalże jeden o drugiego, niedospani, przepracowani, wszyscy zachowaliśmy, kulturę, humor, życzliwość i uprzejmość wobec bliźniego. Niech żyje brać asnykowska.

Na podstawie dziennika pokładowego Milany Czechowskiej
wspomnienia spisał Jacek Czechowski.

 

Twórcą i sponsorem stron internetowych Stowarzyszenia Wychowanków Gimnazjum i Liceum  im. Adama Asnyka
w Kaliszu  jest  Krzysztof Płociński - abiturient rocznik 1974 wraz z rodziną: żoną Iwoną, rocznik matury 1975, oraz dziećmi: Mateuszem, Szymonem, Marią, Piotrem i Aleksandrą. E-mail Stowarzyszenia: asnykowcy@o2.pl .

 Wszystkie opublikowane materiały można wykorzystywać w każdy godny sposób, pod warunkiem podania źródła.
© 1996-2012 by  "Kalisz w Internecie"