|
Zbigniew Kościelak |
|
Zbigniew Kościelak Zbigniew Kościelak, absolwent Liceum A. Asnyka z 1960 roku – jest dziennikarzem, polonistą, autorem poetyckiego tomiku "Obietnica niespełnienia" (1997), tekstów piosenek o Kaliszu, fraszek i scenariuszy plenerowych widowisk (m.in. "Baśnie świętojańskie"). Był redaktorem "Głosu Wielkopolskiego", "Gazety Poznańskiej" i sekretarzem redakcji "Ziemi Kaliskiej", sprawozdawcą sportowym radia Centrum i lokalnej Telewizji Kablowej. W latach 1994–2002 pracował w Biurze Prasowym Urzędu Miejskiego, pełniąc funkcję rzecznika Rady Miejskiej. Obecnie współpracuje z uczelnianym wydawnictwem Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Kaliszu.
Baby, nie generał! W "Nocach i dniach" Marii Dąbrowskiej, w gubernianym mieście Kalińcu (a to Kalisz właśnie!) pojawia się Dziadowe Przedmieście, które – jak łatwo się domyślić z ówczesnej i dzisiejszej topografii miasta – jest powieściową nazwą znanego wszystkim kaliszanom placu Kilińskiego. Nie przypadkiem znalazła się tutaj ta "dziadowa" nazwa, skoro w sąsiedztwie tego placu od dawien dawna znajduje się ulica Babina. Pochodzenie tej "babskiej" nazwy jeszcze do niedawna było dla mieszkańców Kalisza oczywiste. Ostatnio jednak do jej etymologii wmieszano mężczyznę o nazwisku Babin i – zaczęły się nieporozumienia. Spróbujmy raz jeszcze je wyjaśnić. Niegdyś przy tej właśnie, wiodącej od placu Kilińskiego do Wodnej, ulicy znajdował się przytułek dla babin–żebraczek, a zarazem miejski szpital. Widocznie bardzo się te babiny w krajobrazie miasta utrwaliły, skoro również miejski ściek–kanał obok tej Babinej ulicy powszechnie Babinką nazywano. Od wojennych czasów zamiast śródmiejskiego kanału są przy Babinej planty. Tę zmianę spowodowali okupujący Kalisz Niemcy, którzy zasypali niehigieniczny ciek wodny – Babinkę, wrzucając miedzy innymi do niego, jak kamienie na szaniec, polskie książki. Świadectwem tego barbarzyńskiego aktu, a zarazem upamiętnieniem wojennych losów naszej kultury, jest jedyny tego rodzaju Pomnik Książki, który znajduje się na plantach "po Babince". Powstał on z inicjatywy i według projektu kaliskiego artysty Władysława Kościelniaka. Znikła Babinka, ale nie zmieniła się ulica Babina, której nazwa należy do takiej kategorii rzeczowników, jak: dziecina, chłopina, ptaszyna, kruszyna. Mogłaby więc odmieniać się rzeczownikowo i wtedy mówiono by: mieszkam na Babinie, co byłoby oczywiste, gdyby nazwa Babina określała jakiś plac albo dzielnicę miasta, tymczasem chodzi tutaj o "zwyczajną", choć niezwyczajnie nazwaną ulicę. A ponieważ w takiej sytuacji pada pytanie: na jakiej mieszkasz ulicy?, to utrwaliła się przymiotnikowa forma odpowiedzi: na Babinej! I tak właśnie prawdziwi i starsi kaliszanie rozumieją i odmieniają te nazwę: do Babinej, z Babinej, na Babinej, przy Babinej... Gdy byłem jeszcze dzieckiem i biegałem po plantach przy mojej wówczas Babinej (mieszkałem w domu pod numerem 2, naprzeciw niegdysiejszego kaliskiego Dworca Autobusowego, znajdującego się przy ul, Nowotki, która i tak określaliśmy przywróconym jej dziś mianem: Parczewskiego), zupełnie naturalna wydawała mi się słyszana zewsząd nazwa: "Babinna". Brzmiała ona tak samo dobrze, jak np. "Dziecinna! Mówiliśmy więc, że mieszkamy "na Babinnej" i w ogóle jesteśmy dziećmi "z Babinnej"... Nigdy nie mieliśmy wątpliwości, że nazwa naszej ulicy wiąże się z jakąś babiną. O tych babinach słyszeliśmy od naszych babć i rodziców. Pisał o nich również w swoich balladach o Kaliszu Bogumił Kunicki. Zamieszanie zaczęło się, kiedy ktoś ("umacniając" polsko–radziecką przyjaźń) kretyńsko wymyślił, ze ulica Babina zawdzięcza swoją nazwę... jakiemuś rosyjskiemu generałowi Babinowi. Bzdura! To baby, a nie żaden carski generał patronują kaliskiej ulicy Babinej... (z cyklu felietonów Od słowa do słowa) Sportowe życie Marek wrócił ze szkoły jak po nokaucie. Okazało się, ze złapał gola z matematyki (gdy profesor poprosił go do tablicy, oddał walkower), potem wypunktował go polonista. Gorycz porażki spotęgowało jeszcze to, że jego wielka wakacyjna miłość Ewa, pogrywając z nim bardzo nie fair, odstawiła go na spalone, kierując teraz swoją sympatię w stronę jakiegoś mizernego tenisisty... W tym krótkim fragmencie możliwej, a nie napisanej jeszcze powieści z życia szkolnych sfer, uderzające jest nasycenie tekstu sportowym słownictwem. Powie ktoś, że to tylko cecha młodzieżowego żargonu, w którym popularne są takie łobuzerskie powiedzonka, jak: iść za ciosem, wykiwać kogoś, odegrać się na kimś, spuchnąć na finiszu, czy przetrenować się z nic–nie–robienia. Takie obrazowe i emocjonalnie nacechowane wyrażenia oraz sportowe określenia i zwroty coraz częściej przenikają do ogólnego języka. Nieraz trzeba przecież zrewanżować się komuś za upominek lub przysługę, pomóc w pracy jakiemuś outsiderowi (autsajderowi), albo zastanowić się nad tym, jak wyjść z życiowego wirażu. Wiadomo, że choćbyśmy nie wiem jak się starali, to nie zawsze udaje się nam trafić w dziesiątkę. Bokserskie terminy: unik i runda zawędrowały do języka dyplomacji. Mówi się np. o politycznym uniku, także o kolejnej rundzie rokowań, a świat raz po raz obiega jakaś nokautująca wiadomość. Naturalnym przejawem społecznego życia jest przekazywanie pałeczki młodym, bowiem trwa odwieczna sztafeta pokoleń. Przy starcie w nowoczesność liczy się utrzymanie wysokiego tempa, a gdy występują opóźnienia, trzeba je odrobić na finiszu. Pospieszny jest rytm współczesnego życia. Trwa nieustanny wyścig z czasem. Niestety, nie zawsze jest to bieg po zdrowie... (felieton z cyklu Słowo na sportowo) Źródło: Asnykowiec 2003 |
![]()
Twórcą i sponsorem stron internetowych Stowarzyszenia Wychowanków Gimnazjum
i Liceum Ogólnokształcącego im. Adama Asnyka w Kaliszu jest
Krzysztof Płociński - absolwent rocznik 1974 wraz z rodziną: żoną Iwoną,
absolwentką rocznika 1975, oraz dziećmi Mateuszem, Szymonem, Marią, Piotrem
i Aleksandrą. E-mail Stowarzyszenia:
asnykowcy@o2.pl |